> ...
Get Adobe Flash player

 

 

AddThis Social Bookmark Button

 

Problem współpracy dziennikarzy ze służbami III RP bywa często bagatelizowany. Niesłusznie. To narzędzie kontroli mediów, gospodarki i polityków. Obecnie na rynku jest kilkuset dziennikarzy, którzy mają za sobą epizod współpracy ze służbami.


Skąd te wyliczenia? W 2007 r. dziennikarze programu "30 minut" podali, że Wojskowe Służby Informacyjne miały 115 agentów wśród dziennikarzy. Dorzućmy do nich drugie tyle pracujących dla cywilnych służb (a co gorosi są?) i mamy już circa 230 agentów. Jezeli do tego dorzucimy dziennikarzy agentów CBŚ i CBA będzie już ich przynajmniej 300. Ale to nie koniec. Przecież są ludzie współpracujący z bezpieką PRL cywilną i wojskową. Opiszę kilka przypadków (proszę wybaczyć, że anonimowo, ale ujawnianie aktualnej agentury jest przestępstwem).

Dziennikarz śledczy X, zwerbowany przez kontrwywiad cywilny w połowie lat 90. gdy został na terytorium Rosji, a konkretnie Czeczenni, złapany z bronią. Czyn ten był przestępstwem również w polskim prawie, dziennikarz jednak nie został oskarżony, tylko zwerbowany. Był początkującym dziennikarzem, służby pomogły mu w karierze załatwiając przeniesienie do stolicy, do ogólnokrajowego pisma. Później dziennikarz ten wielkrotnie był wykorzystywany przez dawanie mu kontrolowanych przecieków.

Dziennikarka Y, uchodząca za prawicową. Zwerbowana ponad 10 lat temu przez Wojskowe Służby Informacyjne, które zatuszowały fakt, że jechała autem pod wpływem alkoholu. Jakież było zdziwienie oficerów, gdy po rutynowym zapytaniu ówczesny UOP stwierdził, że pani ta już od połowy lat 90. pracuje dla nich...

Dziennikarka Z, zwerbowana jeszcze w czasach PRL (Wzięła udział w zwerbowaniu jednego ze znanych obecnie polityków, który miał z nią romans - o czym nie wiedziały ani żona, ani inna kochanka. Jak tutaj nie podpisać zobowiązania?), pozytywnie przeszła weryfikację do UOP. Urwała się ze smyczy, gdy za rządów Lecha Wałęsy dzięki prywatnym kontaktom odzyskała teczkę, pozostały jednek zapisy rejestracyjne, meldunki i inne takie.

Inny ciekawy przypadek swojej współpracy z organami państwa opisał Wojciech Czuchnowski w tekście "byłem TW Macierwicza".

http://wyborcza.pl/1,76842,3713918.html

Tekst stanie się bardziej zrozumiały, jeżeli przypomnimy, że rządził wówczas PiS i w środowisku dziennikarskim mówiło się, że może dojść do ujawnienia dziennikarzy zarejstrowanych przez tajne służby. PiS jednak poprzestała na ujawnieniu 9 dziennikarzy pracujących dla WSI. Dlaczego?

Okazuje się, że pokusa, aby korzystać z takiej współpracy jest za silna dla każdej obecnej władzy. Dodatkowe pytanie jest takie czy współpraca z polskimi służbami dziennikarza zawsze jest naganna (patrz przypadek opisany przez Czuchnowskiego)? Np. inny przykład A, dziennikarz, który był korespondentem w obcym kraju i podjął współpracę z pobudek patriotycznych z WSI (wynagrodzenie jednak pobierał...).

Dylemat pracy dziennikarzy dla służb jest trudny do rozstrzygnięcia. Przypomnijmy, że przed wojną duża część dziennikarzy (i polityków) pracowała dla słynnej "dwójki" (II zarząd sztabu generalnego).

Problemem jest raczej to do czego agentura w polskich mediach jest używana. Problemem są także sposoby jej werbunku, które są takie same jak w PRL. Czytałem kiedyś notatkę WSI z 2006 r. na której napisane było o dziennikarzu, że ma żonę i dwójkę dzieci, a sypia ze studentką, więc jest na niego wejście. Inny przykład. Parę lat temu piję kawę z pewnym oficerem ABW, który klnie i pyta się "nie wiesz kto kazał dziennikarzowi H płacić rachunki jak się z nami spotyka?" - Wiem - odpowiadam, ja. - Zniszczyłeś mu życie - podsumowuje oficer.

Czyli mamy sytuację taką jaką znamy z teczek SB. Oficerowie polskich służb kupują sobie dziennikarzy płacą za wystawne kolacje (wybierają celowo drogie lokale, tak aby rachunki wynosiły nie mniej niż 1000 zł), ułatwiając karierę itp. Tacy dziennikarze nie tyle pracują dla służb co dla swoich prowadzacych, a pokusie wykorzystania takiej siły trudno się oprzeć.

oncontextmenu="return false"> ... ...